Kluski śląskie tradycyjnie je się z sosem i modrą kapustą

Kluski śląskie podaje się z gorącym, rzadkim sosem z pieczeni i z modrą kapustą, i to kluska jest osią talerza, a nie mięso. Sos nalewa się na kluski tak, żeby wypełnił wgłębienia i obtoczył je cienką warstwą, mięso leży obok albo w sosie, a duszona, kwaśna modra kapusta zamyka całość. Ten układ nie jest tylko kwestią zwyczaju — rozstrzyga o tym, czy kluska na talerzu zostanie sprężysta, czy zrobi się ciężka i mączna.

W mojej kuchni w niedzielę kapusta wchodzi na gaz pierwsza, jeszcze przed mięsem. Szatkuję główkę modrej kapusty cienko, na grubych oczkach tarki, solę w misce i zostawiam na kwadrans, żeby puściła sok. W tym czasie na dnie rondla skwierczy słonina albo kawałek wędzonki, do tego cebula, aż się zeszkli, i dopiero kapusta. Sól, pieprz, kilka jagód jałowca, szczypta kminku, liść laurowy. Potem ocet albo wytrawne wino — nie leję dużo, bo kwas ma być tłem, nie tematem — odrobina cukru i tyle wody, żeby kapusta się dusiła, a nie smażyła. Przykrywam i zostawiam na godzinę, czasem dłużej.

Po kwadransie cała kuchnia pachnie octem. Po czterdziestu minutach ten zapach łagodnieje i zrobi się słodkawy — wtedy wiem, że kapusta dojdzie. Nie sprawdzam tego zegarkiem, sprawdzam nosem.

Kapusta pierwsza, pieczeń druga

Pieczeń robi się w tym samym czasie i właściwie dla sosu. Rolada śląska: płat wołowiny rozbity, musztarda, boczek, cebula, ogórek kiszony, zwijam, obwiązuję sznurkiem, obsmażam na mocnym ogniu, żeby się zamknęła, i przekładam do brytfanny z cebulą, marchewką, zielem angielskim i liściem. Podlewam wodą, przykrywam i trzymam na małym ogniu — ma bulgotać ledwo widocznie. Kiedy widelec wchodzi w rolady bez oporu, wyjmuję ją na deskę, a w brytfannie zostaje to, co najważniejsze: sok, wytopiony tłuszcz i przyrumienione warzywa.

Sos robię w tej samej brytfannie. Mąka, mieszam, żeby złapała tłuszcz i przyrumieniła się przez minutę, dwie — dłużej nie, bo zaczyna gorzknieć. Dolewam wodę albo wywar, rozbijam grudki trzepaczką i gotuję kilka minut, aż sos straci smak surowej mąki. Przecedzam przez sito, doprawiam solą i pieprzem, czasem odrobiną majeranku, czasem łyżką kwaśnej śmietany, ale już po zdjęciu z ognia, żeby się nie zwarzyła.

Sos, który ma spływać, nie stać

Gęstość sosu to rzecz, którą najłatwiej zepsuć. Sos ma spływać z łyżki jednym pasem, a nie kapać i nie czekać na niej jak budyń. Kiedy stoi na łyżce, dolewam wywaru albo wody — nie śmietany, bo śmietana tylko pogrubia to, co już jest za gęste. Gęsty sos oblepia kluskę z wierzchu, zostawia ją suchą w środku, a na talerzu zastyga w kożuch, którego nikt nie chce jeść.

Druga rzecz, mniej oczywista: temperatura. Sos musi być gorący w chwili, kiedy kluska jest gorąca. To nie kwestia elegancji podania, a skrobi — zimny sos osiada na powierzchni kluski, zastyga razem z jej skrobią i robi kleistą powłokę, pod którą kluska wydaje się ciężka, choć wcale taka nie jest. Dlatego nie polewam całej miski na zapas. Chochla idzie na porcję w momencie podania, przy stole albo przy blacie.

Wgłębienie robi robotę

Ciasto na kluski robię z ziemniaków ugotowanych w osolonej wodzie, odparowanych chwilę po odlaniu i rozgniecionych jeszcze gorących. Gorące ziemniaki są ważne — z zimnych wychodzi ciasto, które pęka przy formowaniu. Mąka ziemniaczana, żółtko albo całe jajko, sól.

Ile mąki? Nie podam jednej proporcji, bo jej nie ma. Ziemniaki bywają różne: jedne puszczają wodę, inne są sypkie i suche, a w lutym i w lipcu to zupełnie inna sprawa. Dosypuję po łyżce i patrzę na ciasto, nie na przepis. Ma być ciepłe, gładkie, lekko lepkie, ale po oprószeniu mąką nie powinno kleić się do dłoni.

Z wałka kroję kawałki, toczę kulki i robię wgłębienie kciukiem. Głębokie na tyle, żeby weszła w nie łyżeczka sosu, ale nie na wylot. Za płytkie — sos spływa po ściance i kluska zostaje sucha. Za głębokie — pęka w gotowaniu, bo w tym miejscu ciasto jest najcieńsze. Wrzucam na wrzącą, osoloną wodę, zamieszam raz delikatnie, żeby nie przywarły do dna, i czekam, aż wypłyną. Potem jeszcze półtorej minuty i wyjmuję łyżką cedzakową. Nie zostawiam ich w wodzie ani chwili dłużej, niż trzeba — po dwóch minutach zewnętrzna warstwa robi się mazista.

Mięso obok, nie na wierzchu

Roladę kroję w plastry i kładę obok klusek, nie na nich. Kolejność na talerzu jest taka: kluski, na nie chochla sosu, celowana w środki, plaster rolady z boku, modra kapusta jeszcze dalej. Niektórzy mieszają wszystko od razu i trudno im tego zabronić, ale jest powód, żeby trzymać kwas z dala od sosu do ostatniej chwili: kiedy kapusta spłynie do sosu, sos zmienia charakter i robi się cienki, kwaśny, bardziej zalewa niż sos.

Dopiero na widelcu wszystko się spotyka i to jest ten kęs, o który chodzi.

Modra kapusta: kwas, który trzyma talerz

Kwas kapusty nie jest tu dodatkiem dla koloru. Sos z pieczeni jest mocny, słony i wyrazisty, mięso konkretne, kluska z natury łagodna. Modra kapusta z octem albo wytrawnym winem przecina ten ciężar. Bez niej talerz smakuje dobrze przez trzy kęsy, a potem robi się płaski i mdlący.

Dlatego kapusta nie może być słodka. Jeśli przesadzę z cukrem, traci całą swoją robotę i zostaje różowym dodatkiem. Korekta idzie na końcu, nie w trakcie duszenia: łyżka octu albo szczypta cukru, wymieszać, spróbować, odczekać minutę. Kwas potrzebuje chwili, żeby się ułożyć.

Gdy nie ma pieczeni

W piątek, kiedy pieczeni nie ma, robię sos grzybowy z suszonych prawdziwków: namoczone, ugotowane w tej samej wodzie, w której się moczyły, zasmażka na maśle, na koniec śmietana. Kluski z sosem grzybowym to inny talerz, ale zasada ta sama — sos rzadki, gorący, wlany we wgłębienia.

Gulasz też pasuje, choć jego sos wychodzi gęstszy i trzeba go rozrzedzić wodą. Pieczeń wieprzowa daje sos łagodniejszy niż rolada i wtedy kapusta może być odrobinę mniej kwaśna, bo nie ma czego przebijać.

Co robić, kiedy wychodzi inaczej

Kluski się rozpadają w wodzie — najczęściej za mokre ziemniaki albo za mało mąki. Ratunek jest doraźny: dodać mąki, przetestować jedną kluskę w osolonej wodzie, zanim wrzucę całą partię.

Kluski są twarde i gumowate — za dużo mąki ziemniaczanej albo ciasto stygło za długo. Nie da się tego odkręcić, ale następnym razem robię mniejszą partię i formuję od razu, z ciepłego ciasta, nie zostawiając go na stole na pół godziny.

Sos za gęsty — dolewam wywaru, nie śmietany. Za rzadki — gotuję chwilę dłużej bez przykrycia, mieszając, żeby odparował, zamiast dosypywać mąki, która zostawia smak surowego zboża.

Kluski na drugi dzień smakują tylko w jeden sposób: podsmażone na maśle na patelni, aż złapią skórkę, albo podgrzane w sosie z łyżką wody. W mikrofalówce robią się gumowe i żaden sos tego nie uratuje.

Ten talerz ma sens tylko w całości. Kluska bez sosu to ziemniak w innym kształcie, sos bez kluski to sos do mięsa, a bez modrej kapusty całość się zapada pod własnym ciężarem. Kiedy układam to na talerzu, nie dokładam dodatków do mięsa — buduję danie wokół kluski, dla której ten sos w ogóle powstał.

O autorze

To sąsiedzka grupa kucharzy domowych, którzy dzielą się sprawdzonymi sposobami na pierogi, zakwas, sernik, ciasta drożdżowe i codzienne polskie dania. W ich kuchniach liczy się smak, powtarzalność i zwykłe składniki.

Poznaj nas
Po Sąsiedzku