Proporcja jest jedna i trzyma cały rosół: na każdy litr wody w garnku liczysz pół kilograma mięsa z kością i płaską łyżeczkę soli, czyli około 5–6 g. Warzywa idą za wodą, nie za mięsem — jakieś 150–200 g na dwa litry — a sól sprawdzasz dopiero po przecedzeniu, bo woda przez dwie godziny zdąży odparować. Cztery litry wody to więc dwa kilogramy mięsa z kością i 20–24 g soli w sumie.

Zanim wyjmę mięso z siatki, patrzę nie na przepis, tylko na garnek. To brzmi jak drobiazg, ale właśnie tutaj rozstrzyga się, czy rosół będzie miał ciało, czy będzie tylko wodą z zapachem. W tym dużym, który na kuchence wygląda jak małe wiaderko i spokojnie mieści cztery litry wody, potrzebuję dwóch kilogramów mięsa z kością. Nie filetu — z kością. Korpus, skrzydełka, szyjka, kawałek kury. Kości to nie odpad, to cała treść rosołu; bez nich zostaje klarowny, ale pusty płyn.
I jeszcze coś, co przy przeliczaniu umyka: garnek na cztery litry wody to nie garnek o pojemności czterech litrów. Mięso i warzywa też zajmują miejsce, więc realnie potrzebuję naczynia na sześć, siedem litrów. Jeśli mam tylko mniejszy, to nie upycham w nim czterech litrów — schodzę z wodą i z mięsem razem, zachowując proporcję.
Bo jeśli mam mniej mięsa, nie dolewam wody, żeby „wyszło więcej”. Zmniejszam wodę. Ta proporcja działa w obie strony: pół kilo na litr. Dwa kilo mięsa i trzy litry wody to nie oszczędniejszy rosół, tylko rosół, który ktoś rozcieńczył. A rozcieńczonego rosołu nie da się naprawić solą — sól dodaje słoności, nie smaku. Da się go tylko wygotować.
Sól liczy się od litra, nie od kilograma mięsa
Tu jest miejsce, w którym najczęściej widzę błąd. Ludzie solą „na mięso”: skoro mięsa dwa razy więcej, to soli dwa razy więcej, a woda ta sama. Nie. Sól idzie za wodą, zawsze. Płaska łyżeczka na litr, czyli 5–6 g. Cztery litry — cztery płaskie łyżeczki, razem 20–24 g.
Dlaczego dopiero po przecedzeniu? Bo przez dwie godziny cichego pyrkania z garnka ucieka spokojnie pół litra wody, a sól zostaje. To, co na początku smakowało w sam raz, pod koniec bywa zbyt słone. I odwrotnie — jeśli w trakcie dolewałem wody, sól się rozrzedziła. Dlatego pierwsze solenie robię ostrożne, na dolnej granicy, a kończę po odcedzeniu. Sól wrzucona do gorącego, przecedzonego rosołu rozpuszcza się w kilka sekund, więc nic nie tracę, czekając.
Warzywa idą za wodą
Włoszczyzna skaluje się z wodą, nie z mięsem: 150–200 g na dwa litry, czyli mniej więcej 75–100 g na litr. Do czterech litrów wrzucam więc 300–400 g — marchew, pietruszkę, kawałek selera, por, pół cebuli. Cebulę czasem przypalam na suchej patelni, żeby dała kolor.
Uwaga, którą muszę tu dopisać: warzywa nie mnożą się tak bezkarnie jak woda. W dużym garnku zostawione na cały czas gotowania rozmiękają i rosół robi się słodkawy oraz mętny. Wyjmuję je po godzinie, nawet jeśli mięso gotuje się dalej. Mniejsza partia zniesie to lepiej niż duża.
Przyprawy: tu przelicznik pęka
Woda z mięsem podwaja się czysto. Przyprawy — nie. Na litr idzie jeden liść laurowy i trzy–cztery kulki ziela angielskiego. Przy czterech litrach „podręcznikowo” wypadałoby dać cztery liście i kilkanaście kulek, ale wtedy rosół gorzknieje i zaczyna ciągnąć apteką. Dlatego przy podwojeniu i potrojeniu daję mniej więcej półtora raza tyle przypraw, nie dwa razy. W dużym garnku kładę trzy liście i jakieś dziesięć kulek ziela, a jeśli pod koniec brakuje im wyrazu, dorzucam świeży liść na ostatnie dziesięć minut.
To jedna z tych rzeczy, których żaden przelicznik nie zamknie w tabelce. Przyprawa, która w małym garnku jest wyraźna, w dużym po prostu ginie w objętości — ale jej nadmiar kumuluje się inaczej niż sól, bo gorzknieje nieproporcjonalnie szybko. Lepiej dołożyć niż wyławiać.
Miarki, które mam pod ręką
Nie potrzebuję do tego wagi — wystarczą naczynia, które i tak stoją w kuchni. Szklanka to około 250 ml, łyżka około 15 ml, łyżeczka około 5 ml. Cztery litry wody to szesnaście szklanek. Łyżeczka soli drobnej to 5–6 g, ale sól gruboziarnista zajmuje tę samą łyżeczkę przy mniejszej masie, więc nigdy nie ufam łyżce do końca i zawsze próbuję.
I jeszcze jedno, o czym łatwo zapomnieć w trakcie: każda dolewka musi być gorąca i musi się liczyć. Zimna woda przerywa wrzenie i mętni rosół, a każda dodatkowa szklanka to kolejne około 1,5 g soli do doliczenia. Jeśli dolewam dwa razy po szklance, na końcu mam w planie o pół łyżeczki soli więcej, niż myślałem.
Gdy rosół wyszedł za słaby
Zdarza się — za dużo wody, za chude mięso, za krótkie gotowanie. Najprostsza naprawa to nie dodawanie przypraw, tylko odparowanie: przecedzony rosół gotuję bez pokrywki, aż z dwóch litrów zostanie półtora. Smak się zagęszcza, ale razem z nim sól, więc redukuję najpierw, próbuję dopiero potem. Drugi sposób — dorzucenie surowego kawałka kury czy kilku kości i pół godziny gotowania — też działa, ale to już nowa partia rosołu, nie poprawka do starej.
Cztery litry na raz, w jednym miejscu: 4 litry wody, 2 kg mięsa z kością, 300–400 g włoszczyzny, 20–24 g soli, czyli cztery płaskie łyżeczki, oraz trzy liście laurowe i około dziesięciu kulek ziela. Reszta to próbowanie i cierpliwość.