Kołocz śląski wyjdzie wilgotny, jeśli kruszonka poczeka

Kruszonkę na kołocz śląski robi się z zimnego masła i sypie na wierzch dopiero wtedy, gdy ciasto z nadzieniem wyrosło już na blasze — dosłownie w ostatniej chwili przed wstawieniem do pieca. Jeśli kruszonka poczeka na surowym cieście, choćby przez czas drugiego wyrastania, cukier naciągnie wilgoć z nadzienia, mąka się nią nasączy, a tłuszcz zdąży się rozpuścić; wierzch zamiast chrupiącej skorupki zrobi się zbity i mokry, a ciasto pod nim nigdy nie wyschnie do końca. Druga rzecz tej samej wagi: po upieczeniu kołocz musi odetchnąć na kratce, bo para zamknięta pod blachą wraca w spód i daje dokładnie ten sam efekt — wilgotny placek, choć wszystko było zrobione porządnie.

Stań obok mnie przy stole. Przed nami blacha wyłożona papierem, miska maku, druga z twarogiem, a z boku stolnica, na której leży garść okruchów — tych, które przed chwilą wyrobiłem palcami. W kuchni jest ciepło od nagrzanego pieca i to ciepło jest teraz naszym przeciwnikiem. Zegar nic nam nie powie. Patrzymy na masło i na ciasto.

Ciasto wyrasta dwa razy i ten drugi raz jest ważniejszy

Kołocz to ciasto drożdżowe pieczone na blasze: mąka pszenna, mleko, drożdże, cukier, jajka i tłuszcz. Zwróć uwagę na proporcję — jaj i tłuszczu jest tu więcej niż w zwykłym cieście chlebowym, a to znaczy, że drożdże pracują wolniej, bo tłuszcz je oblepia. Nie próbuj ich przyspieszać gorącym mlekiem. Mleko ma być letnie, takie, które możesz trzymać na przegubie dłoni bez odruchu cofnięcia ręki. Gorące zabija drożdże, zimne je usypia, a nam potrzebne jest jedno i drugie: żeby pracowały równo.

Ciasto wyrabiamy do momentu, w którym przestaje się lepić do dłoni, i ani chwili dłużej. Nie podsypujemy mąką na zapas. Zbyt obsypane ciasto po upieku jest zbite i suche — a wtedy żadna kruszonka go nie uratuje, bo wilgoć z nadzienia nie ma dokąd wsiąknąć i zostaje na wierzchu.

Po pierwszym wyrastaniu, kiedy ciasto podwoi objętość, rozciągamy je na blasze. Nie wałkujemy na siłę; drożdżowe lubi być rozciągane palcami, delikatnie, od środka na boki. Na to nadzienie, równą warstwą, z dwóch centymetrów brzegu zostawionych wokół. I teraz to, o czym mówiłem na początku: druga fermentacja odbywa się bez kruszonki. Przykrywamy ściereczką i czekamy, aż ciasto wokół nadzienia wyraźnie się podniesie. Kruszonka wchodzi na samym końcu.

Mak, ser i owoce to trzy różne ilości wody

To nie są trzy wersje tego samego nadzienia. To trzy różne sposoby przenoszenia wilgoci do góry.

Mak mielony łączymy z cukrem, miodem i bakaliami, czasem z rodzynkami. Miód robi tu więcej, niż się wydaje — nie tylko słodzi, ale wiąże masę. Jeśli nadzienie makowe jest rzadkie, podczas pieczenia zamienia się w parę, która idzie prosto w kruszonkę. Sprawdzam to bez żadnej filozofii: łyżka masy na talerzu po minucie nie powinna się rozpłynąć w kałużę. Rodzynki, jeśli już je dodajemy, osączmy z syropu i obsuszmy — każda niesie ze sobą kroplę, która po upieku wędruje w górę.

Ser to twaróg zmielony z cukrem, jajkami i wanilią. Warstwa serowa jest najbardziej mokra z całej trójki i najbardziej pracuje w piecu. Dlatego przy serze kruszonka musi być grubsza i sypana jeszcze później — ma zdążyć zbić się w skorupkę, zanim wilgoć z sera dojdzie do wierzchu.

Owoce puszczają sok same z siebie. Surowa śliwka czy jabłko oddają go i do ciasta, i do góry. Owoce krótko podduszone i wystudzone zachowują się spokojniej, bo część wody już z nich zeszła. Jagody i inne miękkie owoce rozkładam cieńszą warstwą, niż podpowiada intuicja — grubsza warstwa to po prostu zbiornik pary pod kruszonką.

W jednej rodzinie na Śląsku kołocz to mak, w drugiej ser, w trzeciej śliwki, i nikt nie ustąpi. Zauważ, że to rzadko jest spór o smak. To spór o wodę.

Kruszonka: trzy składniki, zimne masło, sypanie w ostatniej chwili

Mąka, masło i cukier. U mnie wychodzi z grubsza dwie części mąki na jedną część masła i jedną część cukru, ale traktuj to jako punkt wyjścia, nie jako przepis objawiony. Masło musi być prosto z lodówki i pokrojone w kostkę. Rozcieramy je z mąką i cukrem opuszkami palców, szybko, unosząc mieszaninę nad miską, żeby ziarno chłodziło się od powietrza. Trwa to może dwie minuty i lepiej skończyć za wcześnie niż za późno.

Jak poznać, że kruszonka jest gotowa? Ściśnij garść w dłoni — powinna się skleić. Potem rozchyl dłoń. Jeśli rozsypuje się na okruchy, jest dobrze. Jeśli zostaje jako kluchowaty placek, masło się zagrzało i mamy pastę, która w piecu spłynie na nadzienie. Wstaw miskę na dziesięć minut do lodówki i zacznij jeszcze raz; to nic nie kosztuje.

Grubsze okruchy trzymają się lepiej niż drobny pył. Drobna kruszonka ma więcej styczności z wilgotnym nadzieniem, więc szybciej nasiąka; grudy zostają chrupiące dłużej, bo woda musi się do nich przedrzeć przez mniejszą powierzchnię.

I jeszcze jedno, o czym zapomina prawie każdy: nie dociskaj kruszonki. Sypiemy ją z góry i pozwalamy jej położyć się własnym ciężarem. Wciśnięta w nadzienie tonie w nim i piecze się razem z nim, a nie nad nim.

Piec w 170–180 stopniach i patrzeć na wierzch, nie na zegar

Temperatura ma większe znaczenie, niż się wydaje, i nie chodzi wcale o przypalenie. W zbyt niskiej temperaturze masło z kruszonki zdąży się roztopić i wsiąknąć, zanim mąka się zetnie — wierzch wychodzi tłusty i mokry. W zbyt wysokiej kruszonka i brzegi zrumienią się, zanim środek się upiecze, i potem mamy placek z ciemnym wierzchem i surowym środkiem. 170–180 stopni to okno, w którym jedno i drugie zdąża się zrobić równocześnie.

Patyczek wbity w środek bywa mylący. W maku i w serze zawsze wyjdzie wilgotny, bo to wilgotne nadzienia — i tak ma być. Sprawdzam więc inaczej: patyczek wbijam w ciasto przy brzegu, tam, gdzie nie ma nadzienia. Dobrym znakiem jest też brzeg, który lekko odchodzi od ścianki blachy, i kruszonka, która zrobiła się matowa, sucha w dotyku i nie zostaje na palcu. Pieczenie takiego placka to zwykle 35–45 minut, zależnie od grubości warstw, ale o wyjęciu decyduje wierzch, nie minutnik.

Pieca nie otwieram przez pierwsze dwadzieścia minut. Nie z przesądu — przeciąg kładzie surowe ciasto dokładnie w tym momencie, gdy jeszcze nie zdążyło się związać.

Kratka, nie blacha. I co zrobić, gdy jest już wilgotny

Po wyjęciu z pieca kołocz idzie od razu na kratkę, z papierem albo bez, ale nigdy nie zostaje w gorącej blasze. Blacha trzyma parę od spodu, para skrapla się pod ciastem i spód nasiąka. Potem jemy placek i mówimy, że kruszonka nie wyszła, choć kruszonka była w porządku, a wilgoć przyszła z dołu.

Kroić dopiero wtedy, gdy kołocz przestygnie, najwyżej letni. Ciepły placek puszczony pod nóż otwiera parę na wszystkich krawędziach i środek robi się kleisty.

A jeśli już się zdarzy, że wierzch wyszedł mokry? Tego nie da się cofnąć, ale można złagodzić: wstaw kołocz na kilka minut do pieca w tej samej temperaturze, z uchylonymi drzwiczkami. Wierzch podeschnie. Nie licz na to, że zrobi się taki, jak przy kruszonce sypanej w ostatniej chwili — ale przestanie być mokry.

Jeszcze jedna rzecz, którą trzeba powiedzieć uczciwie: kołocz z serem jest wilgotny w środku z natury i to nie jest wada. Mokra warstwa serowa pod suchą kruszonką to właśnie ten kontrast, o który w tym cieście chodzi. Wada jest wtedy, gdy mokra jest kruszonka albo spód. Warto te dwie rzeczy rozróżniać, bo inaczej będziemy poprawiać coś, co było dobre.

I ostatnia prawda, niezbyt wygodna: kołocz nigdy nie jest tak chrupiący drugiego dnia. Kruszonka z czasem mięknie, bo wilgoć z nadzienia i tak do niej dojdzie — wolniej, ale dojdzie. Jeśli zależy ci na chrupiącym wierzchu, piecz go w dniu, w którym go jesz. To nie porażka przepisu, to charakter tego ciasta.

O autorze

To sąsiedzka grupa kucharzy domowych, którzy dzielą się sprawdzonymi sposobami na pierogi, zakwas, sernik, ciasta drożdżowe i codzienne polskie dania. W ich kuchniach liczy się smak, powtarzalność i zwykłe składniki.

Poznaj nas
Po Sąsiedzku